Wakacje 2005
Mimo, że w tym roku wakacje spędzam głównie w Krk, to przez dwa ostatnie tygodnie lipca podróżowałem po Europie. W sumie 6100 km. Nie, nie samolotem. Camperem. Jak było?
Super! Niezależność, jaką daje taki pojazd, jest nieoceniona. Nie podoba Ci się w jednym miejscu a jest 22:00? Nie szkodzi, można się przespać 100 km dalej. Zjadłbyś coś, a w promieniu 50 km nic nie ma? Żaden problem, otwierasz lodówkę, siadasz przy stole i po sprawie. A najlepsze jest to, że dziś możesz mieć pokój z widokiem na morze, a jutro… w zasadzie na co tylko zechcesz.
Zapraszam na krótką fotorelację. Z 300 zdjęć wybrałem 46, więc nie powinniście się zanudzić ;-) Hint: obrazki powiększa się przez kliknięcie na nie.
Przejazd z Krakowa do Wrocławia to czysta przyjemność. Autostrada, 2 - 2,5 godziny. Potem do granicy niemieckiej trzeba się wytłuc kilkadziesiąt kilometrów po “lekko” zniszczonych płytach (ale nową drogę już robią, nie można powiedzieć). Za Odrą jak jest każdy wie. Pierwszy nocleg wypadł właśnie w Niemczech gdzieś na stacji przy autostradzie.
Następnie pojechaliśmy do Baden-Baden. Niemieckie dosyć bogate uzdrowisko. Na każdej ulicy przynajmniej jedno Porsche (lub odpowiednie). Dużo ruskich. Ale kilka budynków niczego sobie.
Oprócz tego oczywiście kasyno. A w środku stało sobie kilka fajnych bryczek, na przykład ta:
Z Baden-Baden, jadąc przez lasy Szwarcwaldu (sorki niemcy za pisownię, poprawcie mnie) dojechaliśmy do Strasbourga, jednego z ważniejszych miast związanych z Unią Europejską. Bo oprócz pięknej katedry
przecudnych kamieniczek
i niezłego jedzenia (i “darmowego hotspota” ;-)
w Strasbourgu znajdują się trzy ważne instytucje Europejskie. Rada Europy
Trybunał Praw Człowieka (tam będziemy pozywać niedługo naszych nauczycieli)
oraz Parlament Europejski.
Strasbourg okazał się pomimo to bardzo spokojnym i przyjemnym miastem. W czasie normalnego roku szkolno-akademickiego na ulicach panuje zapewne większy ruch, bo w Strasbourgu studiuje ponad 50000 studentów. Tłoczno robi się 12 razy w roku podczas sesji Parlamentu Europejskiego, kiedy to podobno nie można znaleźć wolnego miejsca w hotelach. Na takie obrady może wejść każdy, dlatego chętnych nie brakuje.
Następnie, przejeżdżając przez góry Masywu Centralnego (jak sama nazwa wskazuje, centralna Francja) dotarliśmy na chwilę do Vichy. Kiedyś słynne i bogate uzdrowisko francuskie, później (w czasie II wojny światowej) stolica kolaborującego z III Rzeszą państwa południowej Francji. Dziś znane przede wszystkim z produkcji kosmetyków oraz leczniczych wód. W Vichy wypływa 6 różnych źródeł, szczerze mówiąc tylko z jednego da się pić, bo reszta to takie śmierdziele, że…
Po wizycie w Vichy, pomknęliśmy nad Ocean, konkretnie w okolice Bordeaux (z czego znane, to chyba wiadomo).
Noc spędziliśmy w towarzystwie innych camperów na parkingu w lesie sosnowym kilkaset metrów od plaży.
Kilka kilometrów od miejsca, w którym spaliśmy znajduje się najwyższa wydma w Europie, la Dune du Pyla. Prawie 120 metrów wysokości i 3 km długości góry z piasku robi wrażenie.
Po dość męczącym spacerze, pojechaliśmy wzdłuż Oceanu w kierunku południowym. Przejeżdzając przez wiecznie zatłoczone Biaritz, dojechaliśmy tuż przed granicę z Hiszpanią do miejscowości Hendaye. Piękna, długa i szeroka piaszczysta plaża to coś czego mi było trzeba (a nigdy nie lubiałem morza…).
W czasie wieczornej przechadzki po bulwarze stwierdziłem, że kiedyś trzeba będzie pomyśleć o przeprowadzce nad jakieś (ciepłe) morze.
Na plaży ktoś z piasku wyrzeżbił pietę. Szkoda, że na następny dzień przypływ nie zostawił po niej ani śladu…
W Hendaye spędziliśmy 3 dni. To zupełnie wystarczyło, żeby trochę się opalić (tym razem pierwszy bolesny kontakt ze słońcem przeszedłem jeszcze w Polsce…) i popływać pośród oceanicznych fal.
Następnie ruszyliśmy w kierunku Lourdes, odwiedzając przy okazji francuskie i hiszpańskie Pireneje. Nie obyło się bez kilku przeszkód na drodze ;-)
Do Lourdes przyjechaliśmy w godzinach wieczornych, na styk żeby zdążyć w codziennej procesji i nocnej mszy przed grotą, w której objawiła się Matka Boska. Rano przyszliśmy jeszcze nabrać trochę wody i ruszyliśmy dalej w drogę.
A droga ta prowadziła w kierunku Andory. Andora to małe (468 km2 i 70000 mieszkańców) księstwo, leżące w Pirenejach pomiędzy Hiszpanią a Francją. Aż 80% PKB Andory staniowią wpływy z turystyki - głównie dzięki bardzo niskim podatkom. Przejeżdżając przez kilka głównych miejscowości (właściwie jedyną główną drogą w tym kraju) można odnieść wrażenie, że nie ma w nim normalnych domów mieszkalnych - wszędzie pełno jest sklepów (alkohol, tytoń, elektronika i perfumy), drogich salonów samochodowych, hoteli i banków. Tam, gdzie jest jeszcze skrawek niezabudowanej i w miarę równej ziemi, stoją stada dźwigów, koparek i innych maszyn budowlanych. Ceny mieszkań zaczynają się od 300000 euro.
Po spędzeniu nocy w Andorze i porannych zakupach, ruszyliśmy w kierunku Morza Śródziemnego (tak, już stęskniliśmy się za wodą). Po drodze “zaliczyliśmy” jeszcze kilka przełęczy w Pirenejach, przejechaliśmy kilka miejscowości w celu kupienia bagietki w środku dnia (francuzi, podobnie jak inne narody południowe, w godzinach południowych wszystko zamykają i idą jeść), aż w końcu w tej wiosce nam się udało.
Nad morze zajechaliśmy wieczorem, ale za to mieliśmy super miejsce na spanie. Z resztą, co ja będę mówił, poniższe zdjęcie wszystko wyjaśnia.
Niestety w nocy był trochę hałas (nie od morza, ale od drogi przy której staliśmy), a rano okazało się, że 200 metrów przed nami policja wyciągała przez godzinę jakiegoś trupa z zaparkowanego samochodu. Specjalnie się tym nikt nie przejął, bo plaża i tak była pełna. Poleżeliśmy kilka godzin, ja sobie trochę popływałem i dalej w trasę.
Tym razem nie jechaliśmy daleko, bo w rejon Camargue - miejsca, gdzie Rodan (taka rzeka) wpada do Morza Śródziemnego, tworząc ogromne, ale za to bardzo płytkie rozlewiska. Rozlewiska te parują, przez co poziom wody w ciąga dnia znacząco się w nich obniża. Wykorzystuje to miejscowa fabryka soli.
W pobliżu zalewisk rejonu Camargue żyje także kilka tysięcy flamingów (podobno po polsku flaming to czerwonak, co za idiotyczna nazwa). Udało mi się uchwycić tylko kilka, bo były dość daleko, a ja dysponowałem tylko szkłem 18-70 mm…
Na tym zakończyliśmy przygodę z morzem i skierowaliśmy się na północ. Gdyby ktoś nie wiedział, cały ten region nazywa się PACA - Provence, Alpes et Cote d’Azur, czyli Prowansja, Alpy i Lazurowe Wybrzeże. Konkretnie znajdujemy się teraz w Prowansji - chyba najpiękniejszym rejonie Francji. Na początek wpadliśmy na chwilę do małego miasta - Arles. Niestety, rzymski teatr był w remoncie i niewiele go było widać. Za to pobliskie uliczki i restauracje mają jakiś urok…
Po Arles pojechaliśmy głębiej w Prowansję, w kierunku dawnej stolicy tego regionu - Aix-en-Provence. Po drodze zrobiło się już póżno, więc nocowaliśmy przy autostradzie. Nie było za fajnie, bo ledwo stanęliśmy zapukali do nas policjanci (kto oglądał Louisa de Funès czai klimat…), mówiący że mamy pozabierać wszystkie rzeczy z kabiny kierowcy, przejechać na oświetlony teren tuż przy stacji benzynowej, a w ogóle to przeciwległe drzwi mamy sobie związać paskiem ze sobą, żeby nam nie otwarli w nocy. No fajnie… Nie muszę mówić jak spokojnie się spało ;-) Fakt, że chyba nie była to bezpieczna okolica, wszędzie pełno arabów z wypakowanymi po dach (a nawet ponad dach) samochodami, piknikujących i śpiących na asfalcie… Ale jakoś nikt nas nie zabił ani nic, więc korzystając z okazji pojechaliśmy zobaczyć wspomniany Aix-en-Provence. Nieduże miasto, przepiękne, z oszałamiającą roślinnością i genialnym targiem. Kupiliśmy sobie zapas prowansalskich ziół i przepysznych suszonych pomidorów.
Następnie pojechaliśmy kawałek przed siebie w rejon miasteczka Apt. Tam znaleźliśmy fajny camping (oczywiście z basenem), na którym spędziliśmy dwie noce (pzdr dla koleżanki z Holandii). Na następny dzień po przyjeździe wybraliśmy się na rower. Bo właśnie na rowerach dopiero można poznać piękno i klimat Prowansji - malownicze krajobrazy pełne winnic i pól lawendy…
… oraz spokojne i urokliwe miasteczka (np. Lacoste - jak ktoś kojarzy film “Basen”, to to właśnie tam), pełne zabytkowych domów i kamieniczek, zachowanych w architekturze regionu. Nie można także niezauważyć niesamowicie przyjaznego i otwartego nastawienia ich mieszkańców. Nie muszę chyba tłumaczyć dlaczego niektórzy pytali mnie czy jestem hydraulikiem… ;-)
Po tych kilku dniach spędzonych w Prowansji zaczęliśmy bardzo powoli kierować się w kierunku Krakowa. Powoli, bo po drodze postanowiliśmy zobaczyć jeszcze kilka miejsc. Pierwsza na liście znalazła się najwyższa przełęcz w Europie, na którą można wyjechać samochodem, czyli “Czapeczka” (Col de la Bonette). Jej wysokość? 2802 m.n.p.m.
Jak widać na jej szczycie panuje klimat lekko księżycowy ;-) Za to zjeżdżając w dół, zaczyna pojawiać się roślinność i przepiękne, malownicze krajobrazy. Nietrudno też trafić na świstaka (niestety żaden z napotkanych niczego nie zawijał).
Po zjechaniu do najbliższej wioski, zrobiliśmy zakupy towarów niedostępnych w Polsce lub dostępnych po bardzo zawyżonej cenie, przespaliśmy noc, i dalej ruszyliśmy w drogę. Jeszcze tylko śniadanie nad jeziorkiem na granicy francusko-włoskiej…
… a potem już Mediolan. Jak dla mnie miasto nieciekawe. Może i katedrę ma ładną (i olbrzymią), ale straszny panuje tam chaos. W każdym razie ja bym zwariował. Po zwiedzeniu Mediolanu, pojechaliśmy w stronę Austrii (tym razem nocleg nie na autostradzie, ale przy stacji kolejowej - podobne wrażenia), konkretnie Mondsee. Tam spędziliśmy jeden dzień, po czym tradycyjnie zajechaliśmy do Wiednia. Tym razem poruszaliśmy się komunikacją miejską i trzeba przyznać, że Wiedeń to miasto jak każde inne. Może i ścisłe centrum robi jakieś wrażenie, ale pozostałe dzielnice wyglądają zupełnie jak u nas. Śmieci na ulicach, ludzie jacyś podejrzani, te klimaty. Po noclegu w Wiedniu, pojechaliśmy już prosto do domu.













































