Moja przygoda z I Liceum Ogólnokształcącym w Krakowie, potocznie zwanym Nowodworkiem, rozpoczęła się trzy lata temu, a zakończyła w zeszłym miesiącu. Na szczęście owo zakończenie oznacza dla mnie otrzymanie Świadectwa Ukończenia Liceum, jednak niewiele brakowało, a nie byłoby tak różowo. Ale po kolei…
Kiedy wspomniane trzy lata temu składałem podanie do Nowodworka stanąłem przed trudnym wyborem liceum. V LO, cieszące się dobrymi miejscami w rankingach, wydawało się być szkołą oszołomów, albo prościej mówiąc „kujonów“. Patrząc teraz, na moich znajomych którzy tam poszli, oraz na tych których poznałem przez te trzy lata i okazali się chodzić do „piątki“, myliłem się. W każdej szkole znajdziemy ludzi różnych typów. I mam wrażenie że zawsze każdy znajdzie coś dla siebie. No ale ja wybrałem Nowodworek.
Oczywiście nie szedłem do tej szkoły w ciemno. Początkowo pytałem znajomych co o niej myślą, jedni polecali, drudzy nie. Jednak wśród opinii powstarzało się jedno: “zależy na kogo trafisz”. Po trzech latach mogę to jedynie potwierdzić. Dlatego sporządziłem krótką charakterystykę osób, które mnie uczyły. Po kolei:
Andrzej Szostek, nie wiem dlaczego, ale to on jakoś kojarzy mi się z Nowodworkiem. Może dlatego że zawsze stoi w szkolnym hallu. Swego czasu moi koledzy z klasy wymyślili piosenkę na jego temat: „Pan Szost, Pan Szost, każdy się go boi / Pan Szost, Pan Szost, zawsze w hallu stoi“. Oczywiście ten strach to conajwyżej pojawia się w pierwszej klasie. Przed czym? Przed opuszczaniem terenu szkoły w czasie przerw. Jedna z wielu idiotycznych zasad panujących w tej szkole. Tym bardziej, że regulamin jasno opisuje tę sytuację – uczeń wychodzi, szkoła przestaje być za niego odpowiedzialna. Więc o co chodzi? Ja po pewnym czasie zacząłem to traktować jako formę rozrywki, wychodzisz ze szkoły, a tu Cię jakaś nauczycielka goni albo siłujesz się z nią na drzwi wejściowe. Ukoronowaniem wszystkiego jest spisanie i konieczność pokazania się u Dyrektora, co też może być interesujące, ale mnie się nigdy nie chciało czekać w kolejce. Wracając do prof. Szostka, gość jest naprawdę w porządku. Każda lekcja z nim to przyjemność, kupa śmiechu i niemal przygoda. Dzięki niemu geografia jest jednym z nielicznym przedmiotów, które lubię i których mi nikt nie obrzydził.
Teresa Markiewicz. Postrach. Ale po woli. Przez pierwsze dwa lata Nowodworka, prof. Markiewicz uczyła mnie matematyki. Początek był trudny, zawsze krzyk że tablica jest brudna, że ławka brudna, że ktoś źle ubrany. Potem bardzo fajnie. Jako nauczyciel, bardzo (przeze mnie) ceniona, wymagająca o wiele za wiele i do tego w zbyt krótkim czasie, ale o to właśnie chodzi. Mnie się podobało, nie mówię że nie było ciężko, bywały chwile kiedy pyty leciały jedna za drugą. Ale wszystko można było wyciągnąć, do wszystkiego się jeszcze raz nauczyć. W trzeciej klasie sytuacja się zmieniła – prof. Markiewicz została wice-dyrektor oraz moim wychowawcą. W tym miejscu wyłoniła się niestety jej zbytnia dbałość o szczegóły. Przede wszystkim o regulamin. Liczenie 30 godzin nieusprawiedliwionych, po których powinno się wylecieć ze szkoły, usprawiedliwianie jedynie wybranych godzin, to było na porządku dziennym. Pani Profesor nie mogła zrozumieć, że pełnoletni uczniowie mają się prawo sami usprawiedliwiać, w związku z czym prawie połowa klasy miała swoje dzienniczki z własnymi podpisami (często za zgodą własnych rodziców). Ponadto, przez problemy z usprawiedliwienianiem pojedynczych godzin musieliśmy opuszczać całe dni (i tracić m.in. matematykę) zamiast tylko nie iść na polski i pp.
Anna Sapielak. O tej osobie mogę powiedzieć wiele, dzięki niej przez trzy tygodnie nie mogłem spać przrażony groźbami nie skończenia liceum. Przez trzy lata nauki dobitnie pokazała, że nie zależy jej na nauczaniu, przynajmniej takie ja odniosłem wrażenie. Interesuje ją jedynie sprawdzanie przygotowania do lekcji, które wszyscy mają po pewnym czasie gdzieś, robienie kartkówek, przypytywanie uczniów. Najbardziej cieszy ją kiedy postawi sobie kilka pyt w ciągu jednej lekcji. Uwielbia to. Uwielbia pokazywać Ci jakim jesteś idiotą, udowadniać że nie zdasz matury. Jest obrażona na dyrekcję i nienawidzi kiedy ktoś przyjdzie do vice-dyrekcji po radę. Jeśli coś klasie się nie podoba, to ma ona przedstawić to na piśmie, tą drogą otrzyma również odpowiedź. Sapielak skutecznie obrzydziła mnie i nie tylko wszystko co związane z językiem polskim. Wiele osób chciało już jej zrobić krzywdę, była nawet zaaranżowana akcja zdewastowania jej czerwonego Hyundai’a. Chyba najbardziej wkurzający nauczyciel (o ile można to tak nazwać) w całej szkole, skutecznie psuje jej opinię i zniechęca. Gdy idzie po korytarzu obrzydza już samym wyglądem…
Aleksander Palczewski, dyrektor. Kiedy przyszedł do tej szkoły dwa lata temu, wszyscy uważali że będzie super, zrobi porządek, będą inwestycje. I generalnie sprawdziło się, człowiek jest bardzo konkretny, stara się o pieniądze, kupuje sprzęt, remontuje sale. Bardzo go lubiłem, jednak pod sam koniec w trzeciej klasie bardzo się na nim przejechałem. Trzeba po prostu uważać na to co mówi i nie zawsze w to wierzyć.
Elżbieta Sadowska, vice-dyrektor. Jedna z milszych osób w szkole, choć na pierwszy rzut oka na taką nie wygląda. Bardzo przyjacielsko nastawiona, bez dystansu. Mogę z czystym sumieniem, że jedynie dzięki niej przetrwałem końcówkę trzeciej klasy. To ona dawała mi nadzieję, zawsze mogłem z nią porozmawiać i się wyżalić. Naprawdę jestem Pani Profesor za to wdzięczny.
Zbigniew Nowakowski. Nauczyciel podstaw przedsiębiorczości. Skazany na porażkę nawet z tego powodu, że sam przedmiot którego uczy jest idiotyczny i niczego nie wprowadza. Zbysiu na lekcjach myśli, że ma władzę nad klasą. Straszy dyrekcją, uwagami (które wpisuje jedna za drugą jako jedyna osoba w szkole), nie rozumiejąc że uczniowie mają gdzieś ocenę z zachowania i będą robili to co się im podoba, a nie to czego on wymaga. Chodzi plotka, że jest gejem.
Janusz Mateja. Janusz to barwna postać. Uczy historii i wosu. Idealny nauczyciel tych przedmiotów dla klas matematycznych. Poważnie, lepszego sobie nie można wymarzyć. Kto chce, siedzi w pierwszej ławce i słucha co Janusz mówi. Cała reszta (90%) siedzi sobie z tyłu i robi co chce. U nas było to zwykle jedzenie kanapek ze Stolarskiej, oglądanie filmów na laptopie, robienie zadań z matematyki, niektórzy grali w Monopoly na złączonych ławkach. Mnie w drugiej połowie trzeciej klasy szkoda było czasu, więc po prostu szedłem do domu. Janusz sprawdza obecność pytając jedynie o osoby, których nie było na wcześniejszych lekcjach, a nawet jak sprawdzi wszystkich, to zawsze ktoś krzyknie ze trzy razy „jestem“. Janusz nie robi niezapowiedzianych kartkówek, na lekcji nie trzeba być przygotowanym, a sprawdziany piszę się z kilometrowymi ściągami. Zawsze jakąś znajdzie, ale nie zabiera sprawdzianu tej osobie, nic z tych rzeczy.
Sylwia Dulian, język francuski. Z początku nie darzyłem jej szczególną sympatią, później już tak. Na lekcjach zawsze było wesoło, zawsze można się było dogadać, ogólnie wrażenia bardzo pozytywne. Ważna rzecz: nie wybierajcie w tej szkole języka niemieckiego. Bo albo traficie źle, albo tragicznie. Francuski i włoski są bezpieczniejsze. To potwierdzi każdza osoba, mająca lekcje z prof. Majdą.
Zofia Mazur, zawsze postrach pierwszoklasistów, nauczycielka PO, kolejnego idiotycznego przedmiotu, który oczywiście Mazurowa traktuje jako najważniejszy. Nie wnikając w jego sensowność, mogę tylko powiedzieć że nie ma się czego bać. Każdy został przynajmniej kilka razy opieprzony za wygląd, bałagan czy brak czegośtam. Ale generalnie było śmiesznie.
Agnieszka Mazur, biologia, córka Zofii. Śmieszna sprawa. W pierwszej klasie wchodzi nauczycielka prosto po studiach do sali, gdzie siedzi 24 chłopa. Pierwszy miesiąc nie robiliśmy nic, po prostu nie była w stanie przeprowadzić lekcji. Później chyba poszła do mamuśki po radę, bo zaczęliśmy się uczyć. Przynajmniej trochę. Młoda Mazurowa jest wymagająca, przez to wkurzająca. Ale pod koniec mojej edukacji biologicznej nawet ją trochę polubiłem.
No i oczywiście Tomasz Król. Informatyka / technologia informacyjna. Po prostu przemiły, pomocny, pozbawiony dystansu, wyrozumiały. Zawsze można z nim pogadać, załawić to i tamto. Naprawdę wspaniały człowiek. Pozdrawiam.
Zdaję sobie sprawę, że czytając to można się momentami przerazić. Gdy ktoś mi zadaje pytanie czy warto iść do tej szkoły, to naprawdę ciężko mi jest na nie odpowiedzieć. Z jednej strony poznałem wspaniałych ludzi, dobrych przyjaciół, osoby z którymi imprezowałem te trzy lata. Szkoła mnie specjalnie nie zmęczyła. Każdego roku miałem przynajmniej te 250 godzin nieobecnych. Poranki spędzałem w Coffee Republic, Tribece albo na Stolarskiej, popołudnia w Kasztelanie. Uczyć się musiałem praktycznie tylko matematyki, trochę polskiego i w miarę porobić ściągi z innych przedmiotów żeby zaliczyć. Jest też Szopka Nowodworka, wspaniała rzecz, genialna zabawa no i możliwość zwolnienia z lekcji, przynajmniej w teorii. Z drugiej strony przeżyłem też wiele naprawdę nieprzyjemnych chwil, przez trzy tygodnie nie można było podjąć decyzji czy dostaję świadectwo ukończenia szkoły czy nie (czy dostaję dopa z polskiego czy nie) i tym samym, czy dopuszcza się mnie do matury. Przez trzy tygodnie nie byłem w stanie skupić się na nauce matematyki, na miesiąc przed egzaminem maturalnym. Poza tym ta szkoła jest jednak chora. Ja mam specyficzne poczucie humoru i potrafię śmiać się ze wszystkiego, a najbardziej z absurdalnych rzeczy, których w tej szkole nie brakuje. Nie brakuje nauczycieli, którzy grożą obniżeniem zachowania, nie brakuje krzyku starszej woźniej, Pani Stasi, bo to ona tak naprawdę rządzi w szkole. Ale jeśli ktoś łatwo się poddaje i załamuje, bierze wszystko do siebie i nie potrafi do życia podejść z dystansem, to nie polecam Nowodworka. Tak samo jeśli komuś zależy na samych piątkach. Dla mnie średnia 3,1 jest bardzo satysfakcjonująca.
No i ostatnia sprawa, Kasztelan. To miejsce pozwala zapomnieć o wszystkim. Dzięki niemu można wybaczyć tej szkole wszystko. Wpadnijcie w piątek koło 20:00, będziecie wiedzieli o czym mówię. Gdzie? To już musicie sami się dowiedzieć.