Prawie po wakacjach

Codziennie, przez całe wakacje mówię sobie że napiszę coś nowego na stronie. Dzisiaj postanowiłem przerwać złą passę.

Najdłuższe wakacje mojego życia przebiegają nadzwyczaj spokojnie. Żadnych nieprzewidzianych wydarzeń, żadnych niezwykłych przygód. Podobnie, jak większość czasu w zeszłe wakacje spędziłem na Woli, jeszcze poprzednie w Peweksie (niestety, już nie ma tego lokalu), tak te musiałem przesiedzieć w jednym miejscu. Tym razem to Lemonday, czy taras widokowy, restauracja i pub w Hotelu Pod Wawelem (róg pl. Na Groblach i Powiśla). Zaraz pewnie niektórzy powiedzą, że bywałem tam, bo pracowała tam Monika, otóż nie, spędziłem tam wakacje dlatego że pracowało (i nadal po części pracuje) wiele wspaniałych osób. Dzięki temu mogę czuć się tam prawie jak w domu.

Wakacje w tym roku oznaczały w większości pracę. Najpierw było trochę odpoczynku po maturze, potem chwilowa robota w plackarni (tam nauczyłem się jak ważne jest dawanie odpowiednich napiwków), a później 3 miesiące pełnego etatu w Delphi Poland. Jutro jest mój ostatni dzień w pracy i muszę przyznać że będzie mi tego brakować. Po pierwsze, praca tutaj to zupełnie nowe doświadczenia, inny świat międzynarodowej korporacji, współpracy, wielkich projektów, ale także nieprawdopodobnej biurokracji. Dzięki tym trzem miesiącom poznałem wiele osób, których będzie mi na codzień brakować, zdobyłem sporo cennej wiedzy, zmieniłem trochę swój sposób patrzenia na świat. I nawet zaczęła mi się podobać praca w IT, choć takie end-user nie jest moim wymarzonym zajęciem ;)

Niestety przez pracę zaniedbałem wiele rzeczy. Między innymi przerwałem urządzanie mieszkania (co mam nadzieję wznowić), mniej spotykam się ze starymi znajomymi (co również trzeba zmienić :). Za to spełniłem jedno ze swoich marzeń: mam nowy samochód. Honda Prelude V gen., 1997 r., 2.2 VTEC, 185 KM. Moja mała zabawka, ale jednocześnie skarbonka bez dna, która wysysa z Ciebie tym więcej, im więcej do niej wkładasz. Z każdym pomysłem na ulepszenie samochodu pojawia się następny, i następny… Mam nadzieję, że kilka z tych fajniejszych uda mi się zrealizować. Ale do tego trzeba znaleźć $$$ :)

Przede mną jeszcze dwa tygodnie wakacji. Trzeba odpocząć po tych miesiącach ciężkiej (Boryn, spróbuj się w tym miejscu zaśmiać :P) i wykańczającej pracy ;) Trzeba coś zaimprezować, trzeba odświeżyć znajomości, może gdzieś wyjechać, wreszcie trzeba się zacząć przygotowywać do nowego wyzwania, do nowego etapu w życiu. W przeciwieństwie do innych osób, ja wcale nie jestem przerażony, wręcz ogarnia mnie lekka fascynacja (która szybko minie, wiem). A gdyby ktoś jeszcze nie wiedział, a chciał się dowiedzieć, to wybrałem studia na Akademii Ekonomicznej (czyli Uniwersytecie Ekonomicznym) na kierunku informatyka i ekonomeria. Co to dokładnie oznacza, nie wiem, więc nie pytajcie ;)

W tym miejscu pasowałoby zakończyć tę notkę. Mam nadzieję, że na kolejną znajdę czas dużo szybciej (tak, każdy tak zawsze mówi), poza tym trzeba by całą tę stronę odkurzyć, z galerią na czele. Muszę tylko znaleźć trochę czasu… ;)

Tesco

Byliście ostatnio w Tesco? Jak nie, to przejdźcie się i weźcie wózek ze srebrną rączką :)

Reakcja? A może brak?

Publikując poprzedni post, miałem nadzieję że szkoła wyciągnie jakieś wnioski. Chciałbym, by liceum które skończyłem cieszyło się dobrą renomą. Ale renoma to nie tylko w miejsce w rankingach. To przede wszystkim to, co o szkole mówią osoby uczęszczające do innych szkół czy przyszli licealiści. Nie chciałbym, a do tego nieuchronnie prowadzi polityka Dyrekcji, aby Nowodworek stał się siedliskiem ludzi bez inicjatywy, nie wykazujących się najmniejszą przebojowością, potocznie zwanych kujonami lub wypłoszami. Przez trzy lata, ludzie z innych szkół, nie mający kontaktu z Nowodworkiem, patrzyli na mnie krzywo. Do momentu, w którym się poznawaliśmy. Wtedy ich zdanie o I LO w Krakowie całkowicie się zmieniało. Ludzie zawsze myśleli, że w naszej szkole nikt nie imprezuje, że nie robimy nic poza nauką, że po prostu jesteśmy nieatrakcyjną grupą społeczną. Później przyznawali jak bardzo się mylili.

Niestety, coraz większa liczba ograniczania wolność uczniów będzie powodowała, że Ci “atrakcyjniejsi” przestaną wybierać Nowodworek. Owszem, być może poziom nauczania będzie wysoki, podobnie frekwencja, nauczyciele będą zadowoleni. Ale czy tylko o to chodzi? Czy szkoła ma być jedynie fabryką ludzi, którzy umieją dzielić w pamięci wielomiany, albo na zawołanie recytują całą poezję Mickiewicza? Ktoś kiedyś mi powiedział, że liceum to najpiękniejszy okres w życiu człowieka i nie można go zmarnować. Szkoła powinna to respektować. Bo są w Nowodworku osoby (tak, Droga Dyrekcjo, to prawda), które lubią sobie czasem iść na imprezę, a czasami zabalować tak (pewnie czasem nie z chęci, ale z powodu słabej głowy), żeby obudzić się rano i nie wiedzieć gdzie się było poprzedniego dnia. I nie są to osoby pojedyncze, jest ich w szkole bardzo dużo. Założę się, że w tym momencie Dyrekcja zakupi jakieś alko-testy albo nie wiem co. To znów udowodni, że w Nowodworku nikt nie myśli realnie. Nie można uczniom niczego zabronić. Można z nimi porozmawiać albo pozwolić, żeby robili to, co i tak będą robić. Walka z takimi zjawiskami nie ma najmniejszego sensu.

Wracając do tematu wiadomości. Reakcja szkoły na mój artykuł skończyła się na zablokowaniu forum szkolnego (tak jakby nie było innego), czego kompletnie nie rozumiem i co jest dla mnie kolejnym przykładem głupoty oraz na zapisaniu mojego nazwiska na “czarnej liście” publicznych wrogów Nowodworka. Naprawdę, nie wiem dlaczego szkoła nie wyciągnie żadnych sensownych wniosków z moich obserwacji, z którymi zgadza się większość moich znajomych z Nowodworka (uczniów i absolwentów). Jednostki, które mnie potępiają to te, które od dawna okazują swoją niechęć do mojej osoby. Żyję jedynie nadzieją, że Dyrekcja kiedyś zmadrzeje i zlikwiduje bezsensowne reguły i przepisy, które nikomu i niczemu nie służą.

UPDATE: Przeczytajcie komentarz Kasi do tego posta, bo mówi on o kilku rzeczach o których ja zapomniałem.

O Nowodworku…

Moja przygoda z I Liceum Ogólnokształcącym w Krakowie, potocznie zwanym Nowodworkiem, rozpoczęła się trzy lata temu, a zakończyła w zeszłym miesiącu. Na szczęście owo zakończenie oznacza dla mnie otrzymanie Świadectwa Ukończenia Liceum, jednak niewiele brakowało, a nie byłoby tak różowo. Ale po kolei…

Kiedy wspomniane trzy lata temu składałem podanie do Nowodworka stanąłem przed trudnym wyborem liceum. V LO, cieszące się dobrymi miejscami w rankingach, wydawało się być szkołą oszołomów, albo prościej mówiąc „kujonów“. Patrząc teraz, na moich znajomych którzy tam poszli, oraz na tych których poznałem przez te trzy lata i okazali się chodzić do „piątki“, myliłem się. W każdej szkole znajdziemy ludzi różnych typów. I mam wrażenie że zawsze każdy znajdzie coś dla siebie. No ale ja wybrałem Nowodworek.

Oczywiście nie szedłem do tej szkoły w ciemno. Początkowo pytałem znajomych co o niej myślą, jedni polecali, drudzy nie. Jednak wśród opinii powstarzało się jedno: “zależy na kogo trafisz”. Po trzech latach mogę to jedynie potwierdzić. Dlatego sporządziłem krótką charakterystykę osób, które mnie uczyły. Po kolei:

Andrzej Szostek, nie wiem dlaczego, ale to on jakoś kojarzy mi się z Nowodworkiem. Może dlatego że zawsze stoi w szkolnym hallu. Swego czasu moi koledzy z klasy wymyślili piosenkę na jego temat: „Pan Szost, Pan Szost, każdy się go boi / Pan Szost, Pan Szost, zawsze w hallu stoi“. Oczywiście ten strach to conajwyżej pojawia się w pierwszej klasie. Przed czym? Przed opuszczaniem terenu szkoły w czasie przerw. Jedna z wielu idiotycznych zasad panujących w tej szkole. Tym bardziej, że regulamin jasno opisuje tę sytuację – uczeń wychodzi, szkoła przestaje być za niego odpowiedzialna. Więc o co chodzi? Ja po pewnym czasie zacząłem to traktować jako formę rozrywki, wychodzisz ze szkoły, a tu Cię jakaś nauczycielka goni albo siłujesz się z nią na drzwi wejściowe. Ukoronowaniem wszystkiego jest spisanie i konieczność pokazania się u Dyrektora, co też może być interesujące, ale mnie się nigdy nie chciało czekać w kolejce. Wracając do prof. Szostka, gość jest naprawdę w porządku. Każda lekcja z nim to przyjemność, kupa śmiechu i niemal przygoda. Dzięki niemu geografia jest jednym z nielicznym przedmiotów, które lubię i których mi nikt nie obrzydził.

Teresa Markiewicz. Postrach. Ale po woli. Przez pierwsze dwa lata Nowodworka, prof. Markiewicz uczyła mnie matematyki. Początek był trudny, zawsze krzyk że tablica jest brudna, że ławka brudna, że ktoś źle ubrany. Potem bardzo fajnie. Jako nauczyciel, bardzo (przeze mnie) ceniona, wymagająca o wiele za wiele i do tego w zbyt krótkim czasie, ale o to właśnie chodzi. Mnie się podobało, nie mówię że nie było ciężko, bywały chwile kiedy pyty leciały jedna za drugą. Ale wszystko można było wyciągnąć, do wszystkiego się jeszcze raz nauczyć. W trzeciej klasie sytuacja się zmieniła – prof. Markiewicz została wice-dyrektor oraz moim wychowawcą. W tym miejscu wyłoniła się niestety jej zbytnia dbałość o szczegóły. Przede wszystkim o regulamin. Liczenie 30 godzin nieusprawiedliwionych, po których powinno się wylecieć ze szkoły, usprawiedliwianie jedynie wybranych godzin, to było na porządku dziennym. Pani Profesor nie mogła zrozumieć, że pełnoletni uczniowie mają się prawo sami usprawiedliwiać, w związku z czym prawie połowa klasy miała swoje dzienniczki z własnymi podpisami (często za zgodą własnych rodziców). Ponadto, przez problemy z usprawiedliwienianiem pojedynczych godzin musieliśmy opuszczać całe dni (i tracić m.in. matematykę) zamiast tylko nie iść na polski i pp.

Anna Sapielak. O tej osobie mogę powiedzieć wiele, dzięki niej przez trzy tygodnie nie mogłem spać przrażony groźbami nie skończenia liceum. Przez trzy lata nauki dobitnie pokazała, że nie zależy jej na nauczaniu, przynajmniej takie ja odniosłem wrażenie. Interesuje ją jedynie sprawdzanie przygotowania do lekcji, które wszyscy mają po pewnym czasie gdzieś, robienie kartkówek, przypytywanie uczniów. Najbardziej cieszy ją kiedy postawi sobie kilka pyt w ciągu jednej lekcji. Uwielbia to. Uwielbia pokazywać Ci jakim jesteś idiotą, udowadniać że nie zdasz matury. Jest obrażona na dyrekcję i nienawidzi kiedy ktoś przyjdzie do vice-dyrekcji po radę. Jeśli coś klasie się nie podoba, to ma ona przedstawić to na piśmie, tą drogą otrzyma również odpowiedź. Sapielak skutecznie obrzydziła mnie i nie tylko wszystko co związane z językiem polskim. Wiele osób chciało już jej zrobić krzywdę, była nawet zaaranżowana akcja zdewastowania jej czerwonego Hyundai’a. Chyba najbardziej wkurzający nauczyciel (o ile można to tak nazwać) w całej szkole, skutecznie psuje jej opinię i zniechęca. Gdy idzie po korytarzu obrzydza już samym wyglądem…

Aleksander Palczewski, dyrektor. Kiedy przyszedł do tej szkoły dwa lata temu, wszyscy uważali że będzie super, zrobi porządek, będą inwestycje. I generalnie sprawdziło się, człowiek jest bardzo konkretny, stara się o pieniądze, kupuje sprzęt, remontuje sale. Bardzo go lubiłem, jednak pod sam koniec w trzeciej klasie bardzo się na nim przejechałem. Trzeba po prostu uważać na to co mówi i nie zawsze w to wierzyć.

Elżbieta Sadowska, vice-dyrektor. Jedna z milszych osób w szkole, choć na pierwszy rzut oka na taką nie wygląda. Bardzo przyjacielsko nastawiona, bez dystansu. Mogę z czystym sumieniem, że jedynie dzięki niej przetrwałem końcówkę trzeciej klasy. To ona dawała mi nadzieję, zawsze mogłem z nią porozmawiać i się wyżalić. Naprawdę jestem Pani Profesor za to wdzięczny.

Zbigniew Nowakowski. Nauczyciel podstaw przedsiębiorczości. Skazany na porażkę nawet z tego powodu, że sam przedmiot którego uczy jest idiotyczny i niczego nie wprowadza. Zbysiu na lekcjach myśli, że ma władzę nad klasą. Straszy dyrekcją, uwagami (które wpisuje jedna za drugą jako jedyna osoba w szkole), nie rozumiejąc że uczniowie mają gdzieś ocenę z zachowania i będą robili to co się im podoba, a nie to czego on wymaga. Chodzi plotka, że jest gejem.

Janusz Mateja. Janusz to barwna postać. Uczy historii i wosu. Idealny nauczyciel tych przedmiotów dla klas matematycznych. Poważnie, lepszego sobie nie można wymarzyć. Kto chce, siedzi w pierwszej ławce i słucha co Janusz mówi. Cała reszta (90%) siedzi sobie z tyłu i robi co chce. U nas było to zwykle jedzenie kanapek ze Stolarskiej, oglądanie filmów na laptopie, robienie zadań z matematyki, niektórzy grali w Monopoly na złączonych ławkach. Mnie w drugiej połowie trzeciej klasy szkoda było czasu, więc po prostu szedłem do domu. Janusz sprawdza obecność pytając jedynie o osoby, których nie było na wcześniejszych lekcjach, a nawet jak sprawdzi wszystkich, to zawsze ktoś krzyknie ze trzy razy „jestem“. Janusz nie robi niezapowiedzianych kartkówek, na lekcji nie trzeba być przygotowanym, a sprawdziany piszę się z kilometrowymi ściągami. Zawsze jakąś znajdzie, ale nie zabiera sprawdzianu tej osobie, nic z tych rzeczy.

Sylwia Dulian, język francuski. Z początku nie darzyłem jej szczególną sympatią, później już tak. Na lekcjach zawsze było wesoło, zawsze można się było dogadać, ogólnie wrażenia bardzo pozytywne. Ważna rzecz: nie wybierajcie w tej szkole języka niemieckiego. Bo albo traficie źle, albo tragicznie. Francuski i włoski są bezpieczniejsze. To potwierdzi każdza osoba, mająca lekcje z prof. Majdą.

Zofia Mazur, zawsze postrach pierwszoklasistów, nauczycielka PO, kolejnego idiotycznego przedmiotu, który oczywiście Mazurowa traktuje jako najważniejszy. Nie wnikając w jego sensowność, mogę tylko powiedzieć że nie ma się czego bać. Każdy został przynajmniej kilka razy opieprzony za wygląd, bałagan czy brak czegośtam. Ale generalnie było śmiesznie.

Agnieszka Mazur, biologia, córka Zofii. Śmieszna sprawa. W pierwszej klasie wchodzi nauczycielka prosto po studiach do sali, gdzie siedzi 24 chłopa. Pierwszy miesiąc nie robiliśmy nic, po prostu nie była w stanie przeprowadzić lekcji. Później chyba poszła do mamuśki po radę, bo zaczęliśmy się uczyć. Przynajmniej trochę. Młoda Mazurowa jest wymagająca, przez to wkurzająca. Ale pod koniec mojej edukacji biologicznej nawet ją trochę polubiłem.

No i oczywiście Tomasz Król. Informatyka / technologia informacyjna. Po prostu przemiły, pomocny, pozbawiony dystansu, wyrozumiały. Zawsze można z nim pogadać, załawić to i tamto. Naprawdę wspaniały człowiek. Pozdrawiam.

Zdaję sobie sprawę, że czytając to można się momentami przerazić. Gdy ktoś mi zadaje pytanie czy warto iść do tej szkoły, to naprawdę ciężko mi jest na nie odpowiedzieć. Z jednej strony poznałem wspaniałych ludzi, dobrych przyjaciół, osoby z którymi imprezowałem te trzy lata. Szkoła mnie specjalnie nie zmęczyła. Każdego roku miałem przynajmniej te 250 godzin nieobecnych. Poranki spędzałem w Coffee Republic, Tribece albo na Stolarskiej, popołudnia w Kasztelanie. Uczyć się musiałem praktycznie tylko matematyki, trochę polskiego i w miarę porobić ściągi z innych przedmiotów żeby zaliczyć. Jest też Szopka Nowodworka, wspaniała rzecz, genialna zabawa no i możliwość zwolnienia z lekcji, przynajmniej w teorii. Z drugiej strony przeżyłem też wiele naprawdę nieprzyjemnych chwil, przez trzy tygodnie nie można było podjąć decyzji czy dostaję świadectwo ukończenia szkoły czy nie (czy dostaję dopa z polskiego czy nie) i tym samym, czy dopuszcza się mnie do matury. Przez trzy tygodnie nie byłem w stanie skupić się na nauce matematyki, na miesiąc przed egzaminem maturalnym. Poza tym ta szkoła jest jednak chora. Ja mam specyficzne poczucie humoru i potrafię śmiać się ze wszystkiego, a najbardziej z absurdalnych rzeczy, których w tej szkole nie brakuje. Nie brakuje nauczycieli, którzy grożą obniżeniem zachowania, nie brakuje krzyku starszej woźniej, Pani Stasi, bo to ona tak naprawdę rządzi w szkole. Ale jeśli ktoś łatwo się poddaje i załamuje, bierze wszystko do siebie i nie potrafi do życia podejść z dystansem, to nie polecam Nowodworka. Tak samo jeśli komuś zależy na samych piątkach. Dla mnie średnia 3,1 jest bardzo satysfakcjonująca.

No i ostatnia sprawa, Kasztelan. To miejsce pozwala zapomnieć o wszystkim. Dzięki niemu można wybaczyć tej szkole wszystko. Wpadnijcie w piątek koło 20:00, będziecie wiedzieli o czym mówię. Gdzie? To już musicie sami się dowiedzieć.

Styczeń

Długo nie pisałem. Nie wiem w sumie czemu. Czasu mi nie brakuje (pomimo, że z tygodnia na tydzień mam go coraz mniej), nie mam pojęcia o co chodzi. Może po prostu jestem już tym wszystkim zmęczony, może brakuje mi życiowej energii, a może zwyczajnie staję się coraz bardziej leniwy?

A od września wiele, bardzo wiele się zmieniło. Gdybym chciał to jakoś uporządkować… hmm… zastanawiałem się nad tym już od dłuższego czasu i nie potrafię. W sumie to moja (chyba) największa wada - kiedy nie robię czegoś, co powinienem był zrobić, to im dłużej taki stan trwa, tym trudniej mi się tego zebrać. Tak jak z pisaniem kolejnej notki…

No to może zacznę od początku. Trzecia klasa okazała się mniej fajna niż się spodziewałem. Oczekiwałem, że nie będę miał na nic czasu, zapieprzając z dnia na dzień coraz więcej. A sytuacja jest zupełnie przeciwna - czasu coraz więcej, ale.. właśnie coraz mniej mi się chcę. Każdy dzień w szkole mnie potwornie męczy, najbardziej te dni kiedy nic nie muszę w niej robić (np. poniedziałki). Wkurza mnie takie pieprzenie się z frekwencją, wstawanie rano, latanie po piętrach i salach. Po co? Żeby powiedzieć “obecny”, odwrócić się tyłem czytając gazetę? Choć nawet tego mi się odechciewa. Jak mam marnować czas to wolę w spokoju we własnym łóżku.

Przy okazji szkoły można jeszcze powiedzieć kilka rzeczy. Dyrekcja w tym roku szaleje, w zasadzie nie rozumiem dlaczego. Np. dlaczego nie wolno mi wyjść ze szkoły w środku dnia, skoro i tak wyjdę? I co, kolejny raz ktoś mnie spisze (choć widzę że coraz mniej się im chce), może obniżą mi zachowanie? Proszę bardzo, leję na to sikiem prostym. Podobnie jak na to czy będę miał z WOSu 2 czy 3. Jaka różnica? Może Dyrekcja powinna się zastanowić nad tym jak nie pozbawiać uczniów wszelkich ambicji. Bo tu naprawdę odechciewa się wszystkiego.

No dobra, koniec smętów. Dzieje się też kilka innych rzeczy. Była Szopka. Wspomnienia pozstaną na długo. Bardzo pozytywne. Zupełnie inny sposób na zabawę niż utrwalił się wśród nas w ciągu ostatnich miesięcy. Szkoda, że w przyszłym roku nie będzie już takiej zabawy. No ale przynajmniej będzie można się wbić na imprezy poszopkowe, które są zadziwiająco dobre :)

Na Woli Justowskiej wszystko po staremu. Oj nie do końca, wyremontowali rondo w Chełmie, kawałek Panieńskich Skał (pzdr Boryn), robią Jesionową. Ciągle czekamy na remont Chełmskiej, podobno ma być zrobiony przed 2010, heh ;)

Z innych pozytywów, można wymienić pewien MEGA pozytyw. Prawo jazdy. Tyle frajdy daje wolność, niezależność, wygoda, że nawet trudno to sobie wyobrazić. Ogolnie odczuwam mniejsze zmęczenie, wbrew pozorom podróże autobusem są bardzo męczące. Więcej czasu - na pewno. Nowe możliwości - nieocenione. Oszczędności - pochłaniają koszty całej zabawy. Ale za to jest mobilizacja do spożywania mniejszej ilości trunków. I co najdziwniejsze, wcale mi to nie przeszkadza!

Po jesieni, kiedy pisałem poprzednią notkę nadeszła zima. Serio? No tak. Raz udało mi się poszaleć Yarkiem po śniegu, kilka razy zamarzły mi lusterka. Narty? Heh. Porażka. Wiadomym było, że sezon nie będzie imponujący, ale bez jaj, tego się nie spodziewałem. Aktualnie siedzę w Szwajcarii i staram się wyszaleć za cały rok. Nie powiem, jest zajebiście.

Jak już jesteśmy przy feriach warto wspomnieć o niewątpliwej zwiększonej ilości czasu. Przez pierwszy tydzień zrobiłem sporo rzeczy, które się zbierały, zbierały, i wcale mi się nie chciało za nie zabierać. Posegregowałem 90% zdjęć (niektóre nawet z listopada 2005!), przygotowałem cały rok fotograficznych wspomnień do wrzucenia na stronę (już niebawem). OK, a co z maturą (zauważcie że pierwszy raz używam tego słowa)? No właśnie… nic. To znaczy nie do końca, coś tam robię, ale na pewno za mało. “Ja mówię - już czas..” na strach? Na co? Heh, i tu jest źródło problemu. Zero stresu. Zawsze mi to w życiu pomagało, ale teraz to chyba nie jest zaleta :)

Matura, matura to i studniówka. I to za tydzień! A ja nawet poloneza nie umiem tańczyć. Ale spoko, damy radę. Pytanie co z tego wyjdzie i co nasze dzieci zobaczą za kilka lat na filmie. Liczę, że nigdy nie będą tym zainteresowane ;)

Przy okazji imprez nie można zapomnieć o sylwestrze. Powtórka z zeszłego roku, trzy dni w Zakopanem. Co tu mówić, takie rzeczy się nigdy nie powtórzą :) Mam nadzieję, że za jakiś czas, kiedy nasze drogi się rozejdą, sylwester pozostanie nadal imprezą w starym składzie.

Zmieniając kompletnie temat - seriale. I jak ja się mam uczyć, kiedy w ciągu tygodnia wychodzi 5 nowych odcinków? Nowy Lost w miarę ok, lepszy od drugiej serii, ale pierwszej nie przebije. Prison Break, jak to moja mama mówi, “nastulany”, ale jednak wciągający i momentami zaskakujący. Całe szczęście charakter produkcji pozostał taki sam i ciągle mi się podoba. Szósta seria 24, no na razie rewelacja. To zdecydowanie mój (i nie tylko) ulubiony serial, cóż pisać, trzeba zobaczyć żeby zrozumieć. Trzecia seria Veronica’i Mars jak zwykle na poprawę humoru i zabicie czasu, zabawna i “sprytna”. No i najnowsza produkcja - Jericho. Trochę inny klimat, podobieństwo do Losta, ale mnie się podoba. Póki co.

Myślę co by tu jeszcze napisać, ale chyba nic mi do głowy nie przychodzi. Poza tym muszę mieć o czym pisać kolejne notki, kto powiedział że nie mogą to być flashbacki? :)

Wrzesień

się zaczęło. Wstawanie na 7:30, bieganie do autobusu, przeciskanie się przez korytarze pełne kotów, oglądanie wskazówki sekundnika przez 45 minut… Można zwariować. Wstawać  o 6. Ludzi popieprzyło. No ale są też jakieś pozytywy, prawda?

Np. to że można na reszcie spotkać się w starym, dobrym gronie. W szkole i po szkole. I na przerwach. No i ogólnie, nareszcie jakaś odmiana. Heh, rutyna zabija rutynę. Szkolna wakacyjną. Śmieszne.

Poza tym MPK mnie zaskoczyło (a tak ich ostatnio opieprzyłem). Uruchomili mi dodatkowe kursy 192 (a raczej obecnie 492). Naprawdę jestem pod wrażeniem. Jeszcze się zastanawiają nad puszczeniem dżdżownic. Solarisów pewnie. Z automatami na bilety. Miodzio. :D

No ale wróćmy do szkoły. Nie jest tak fajnie. Jakieś nowe zasady, nowe pomysły, nowe regułki, nowe przedmioty. Brakuje nowych nauczycieli. Szczególnie jednego. No ale nic nie mówię, kto by tam wiedział co się może wykroić…

Poza tym cieszę się już na zdjęcia. Nareszcie poeksperymentuję sobie na żywych modelach w dużej ilości i krótkim czasie. Nie ma to jak zostać fotografem szkolnym. W dodatku bez aparatu. No chyba że p..yy.. kochany serwis Nikona upora się z moją usterką do 18 września. Jak nie, będę improwizował z samym obiektywem.

To w sumie tyle. Idę spać, od trzech dni jestem nie wyspany. Nie mam czasu. Najgorsze jest to, że nie mam również pojęcia na co ja ten czas przeznaczam. Może na głupie pisanie tej i innych notek?

NIP

Jestem dumny z Urzędu Skarbowego Kraków-Krowodrza. Przydzielili mi numer NIP w ciągu dwóch tygodni! 677-227-45-97. Nawet fajny.

Jak dojechać

Wracam (mam nadzieję) do regularnego pisania. A sprowokowało mnie wczorajsze spotkanie z turystami w autobusie, tym razem Szwedami. “Tym razem”, bo miałem już do czynienia z Anglikami, Francuzami, Niemcami i Hiszpanami. Ale o co chodzi? Mam to (nie) szczęście, że jeden z dwóch głównych autobusów którymi poruszam się na linii Wola Justowska - Kraków to linia 192, jadąca prosto z lotniska. No zaraz, ale jest szynobus. Tylko co kurna z tego, skoro większość pasażerów tego wynalazku to mieszkańcy i pracownicy okolic Balic, oraz nieliczni turyści jadący prosto z samolotu na przesiadkę w kolej albo autobus. No bo raczej nie są to mieszkańcy hoteli w centrum, oni raczej wolą klimatyzowane taryfy. Zostają jeszcze mieszkańcy hosteli, fakt, oni może korzystają z połączenia Balice - Dworzec. Wracając do tego autobusu. Kolejny raz jadą sobie ludzie, mają wydrukowane potwierdzenie rezerwacji hotelu z adresem. I tyle. Biedni próbują odczytać nazwy przystanów w stylu “Przegon” (zwykle po 3 pierwszych literach dają sobie spokój) albo nazwy ulic w stylu “Kasztelańska” (heh) Wtedy zawsze mi jest ich żal, bo pamiętam podobny problem w Mediolanie, no i staram się im pomóc dojechać tam gdzie chcą. Ale tak sobie myślę ilu turystów dojeżdża pod KSW, gdzie zostaje im powrót tym samym autobusem, tyle że w drugim kierunku, albo przesiadka w 115. A wystarczyłoby, żeby MPK dawało mapki komunikacji z zaznaczonymi nazwami ulic i np. hotelami. Przy okazji taka impreza by im się nieźle zwróciła, bo turyści zaczęliby kupować bilety za bagaż (czego jak zauważyłem nikt, przynajmniej z zagranicznych, nie robi). No chyba że MPK kalkuluje to w ten sposób, że i tak zarobią swoje, bo turysta będzie błądził po mieście i skasuje kilka biletów. Tyle że następnym razem weźmie taksówkę i popierdoli komunikację miejską. I wcale się nie dziwię, bo sam polecam to zagranicznym turystom. Heh, może teraz zgłosi się do mnie jakaś korporacja taksówkarska i zaproponuje mi stałą współpracę? :D

Praca w McDonalds

W Gazecie pojawił się fajny artykuł o pracy w Maku. Polecam.

18 lat minęło…

Nie czuję się jakoś inaczej. Może poza tym że miło od wszystkich dostawać życzenia. I ogólnie jakiś ten dzień fajny jest. Mogę teraz co prawda robić różne rzeczy, których mi do tej pory nie było wolno, no ale jakoś wcześniej zakazy nie miały dla mnie większego znaczenia. Jedynie co, to że 18. urodziny są dobrą okazją do imprezowania. Tak dobrą, że trzeba imprezować okrągły rok :D

Tylko pamiętajcie! Miesiąc sierpnień miesiącem trzeźwości. Przynajmniej w teorii ;)